poniedziałek, 17 października 2016

Rudy Król


Żałuję, że nie zrobiłam mu zdjęcia, gdy był żywy i piękny
To był najpiękniejszy gołąb naszego podwórka. Miał doskonały kształt obfitej gruszki, mocno różowe łapki, czerwone oczy, różowy dziób i intensywnie biało-rudy odcień upierzenia. Był też po prostu duży. I na każdej z nóżek nosił po zielonej obrączce. Wykluł się wiosną tego roku. Trzymał się trochę osobno i nigdy nie widziałam, aby – gdy już dorósł – tańczył do któregoś z gołębi (może był samiczką). Czasem tylko dziobał to owo wraz z innymi ptakami po tych naszych trawnikach. Najczęściej jednak dożywiał się – bardzo sprytnie – w otwartych pojemnikach wstawionych w śmieciowym domku. Ostatnio widziałam Ga w towarzystwie młodego czarnego gołębia o lekko uszkodzonej nóżce – prawdziwym alter ego pięknisia. Czarna główka, chuda podskubana szyja, drobny, jakby nie do końca dorosły. Gołąb, który od początku miał pod górę. Za każdym razem, gdy widziałam czarnego, zastanawiałam się, jak go złapać, aby mu pomóc rozsupłać to coś (wydaje mi się, że to o to chodzi), co ewidentnie przeszkadza mu w chodzeniu. Jednocześnie gdy tylko widziałam rudego, myślałam, że to jeden z najpiękniejszych gołębi, jakie pamiętam, i że tak dorodny na pewno nie będzie miał problemu z przetrwaniem zimy. Bo co do czarnego, to będzie jak Bóg da…
Którejś niedzieli zobaczyłam intensywnie rudy skrawek pierza leżący tuż przy wejściu do śmietnika. Piękniś był już sztywny i lekko podjedzony od strony nóg. Myślę, że – skoro teraz coraz wcześniej robi się ciemno – małego mógł zaskoczyć wieczór w jego ulubionej jadłodajni. I postanowił tam zanocować. Przypuszczam, że któryś z wędrownych kotów naszej dzielnicy wykorzystał sytuację… Było mi bardzo smutno, gdy kładłam rude ciało pod jednym z krzaków podwórka. Mały drapieżnik poszedł spać zadowolony, ale fruwające piękno na zawsze odeszło. Po dwóch dniach ciałko zostało dojedzone. To dobrze – w przyrodzie nic nie powinno się marnować. A ja i tak będę pamiętać tego niezwykłego krągłego ptaka, rudego jak włosy jednej z moich pierwszych miłości.


czwartek, 6 października 2016

Polski kanarek

"Ptaki chorują szybko, niewyraźnie, bez objawów i szybko umierają". Fragment wypowiedzi dr. Andrzeja Kruszewicza z wywiadu opublikowanego w czasopiśmie "Human" (3/2016) - swoją drogą bardzo przyzwoitym, choć bezpłatnym i tzw. projektowym, bo dużo w nim kultury, teksty na dobrym poziomie i jako idea - pozytywny przekaz możliwości rozwoju "mimo wszystko". Z kolei samego Kruszewicza pokochałam wieczną miłością dzięki krótkim pogadankom w Trójce. Dzięki niemu jeszcze bardziej opętały mnie ptaki... Wiem, że przede mną jeszcze jego książki. Mam nadzieję, ze zdążę je przeczytać...
Tak czy owak, gdy przeczytałam zdanie o niemal nieuchwytnych chorobach ptaków, od razu przypomniało mi się zdjęcie, które zrobiłam w połowie lata. Idąc po jakieś niewielkie sprawunki, zauważyłam leżącego na ziemi nóżkami do góry ptaka. Średniej wielkości, żółty jak cytryna, taki, jakiego nigdy przedtem nie widziałam ani w mieście, ani podczas podróży! Zwyczajowo podniosłam ciałko i wsadziłam w krzaki, aby albo je coś zjadło, albo żeby choć w spokoju zmieniło się w inną materię. Ale przedtem sfotografowałam TO. Bo co też to może być?!


Teraz już wiem, że WILGA.

piątek, 17 czerwca 2016

poniedziałek, 16 maja 2016

Kolejne kocie zachęty






Urocza ta ulotka. I świetnie namalowana.
"Turli, turli, Foczuniu". Tak mówię do Foki mojej Mamy.

piątek, 13 maja 2016

Kocham Kota w Worku!

Każdy lubi niespodzianki, paczki i rzeczy z kotami. Nawet kosztowne hmm.
 



I te cudowne ulotki zachęcające do pomocy zwierzętom. Bardzo chciałabym pomóc wszystkim. Pomagam swoim, ale by się chciało więcej...
 Zostawiam je tutaj, bo są ciekawe.
Będzie cd.

poniedziałek, 9 maja 2016

Mesjasz zwierząt



Początek Ewangelii Zwierząt

Ciemnica w katedrze
Zbawca Anna rzekł:
Oto otrzymałam sen. Stanął przede mną Bóg, i powiedział:
- Dziecko, jak ci się zdaje – czy ktoś wreszcie zostanie zbawicielem wszystkim zwierzętom?
- Myślę, że jeśli zechcesz, tak się stanie, Wielki i Inny Boże.
- Dziecko, a czy ty zgodzisz wziąć to zadanie?
- Z radością, gdyż wiele czasu poświęciłam, rozmyślając, co mogę zrobić, aby wszystkie zwierzęta uwolnić od ludzkiego bólu, dać im szczęście oraz Twoje życie wieczne.
- To ostatnie już mają. Do tego nie wiesz, co mówisz, gdyż zbawienie nigdy nie jest radością dla zbawiającego.
- I tak chcę to zrobić, Wielki i Inny Boże.
- Musisz odwrócić się od wszystkich ludzi. Musisz oddać ich mi na zawsze i pozbyć się ich ze swojego życia. Musisz ich w sobie zamienić na te, które chcesz zbawić, i które odtąd będą wszystkim, co posiadasz. I nic więcej prócz nich nigdy nie posiądziesz.
- Niech się tak stanie.
I ujrzałam wielką rzeszę ludzi, uśmiechniętych i smutnych, spokojnych i rozgniewanych, młodych i starych, znanych i nieznanych. I odwróciłam się od nich bez trudu i zmagania wewnętrznego, gdyż byli mi obcy i nie pragnęłam mieć o nich żadnego starania.
Wtedy zobaczyłam wszystkich, których spotkałam w swoim życiu – miłych i obmierzłych, namiętnych i obojętnych. I odwróciłam się od nich, choć serce mnie zakłuło na widok tych, z którymi się wychowałam.
I wtedy ujrzałam tego, którego mocno kocham, tę, która mnie urodziła, oraz tych, którzy uczynili mi w życiu tylko i największe dobro. I wtedy krzyknęłam:
- Wielki i Inny Boże, oddam ci na zawsze i tych, którzy są najdrożsi memu sercu, choć wiem, że nie ujrzę ich już nigdy więcej, nawet w Tobie w Twojej wieczności!
I ujrzałam na twarzy tego, którego kocham, wielki ból, na twarzy tej, która mnie urodziła, wielki smutek, a na twarzach tych, którzy uczynili mi tylko i największe dobro, wielkie rozczarowanie. I zamknęłam oczy, i odwróciłam się od nich ku tym, których chciałam zbawić ode złego. Ujrzałam wąskie źrenice i oczy zupełnie czarne, płetwy, rozwidlone języki, żuwaczki, niezliczone odnóża, dzioby, lotki, szpony, chitynowe pancerze, pierścienie, okrywy, sierść i łuski. Ujrzałam tych, których zjadałam lub których zjadali moi towarzysze. Tych, którzy ciągnęli nasze wozy, oddawali nam futra i skóry, i którzy ginęli pod kołami naszych pojazdów. Tych, których biliśmy i poniżaliśmy, których gotowaliśmy żywcem i rozdeptywaliśmy dla zabawy, których gazowaliśmy i oblewaliśmy żrącymi substancjami, których wysyłaliśmy w przestrzeń kosmiczną, których dla rozrywki wyjmowaliśmy z życiodajnych miejsc na śmierć, który rozrywaliśmy i obdzieraliśmy ze skóry, z których spuszczaliśmy krew i którym wyrywaliśmy odnóża, których zamykaliśmy w ciasnym pudłach, i których na zawsze wydawaliśmy na tęsknotę za miejscami urodzenia i bliskimi. Ujrzałam te, które były dla nas wszystkim, a które mieliśmy za nic. Patrzyły na mnie jak na Obcego, a ja nie mogłam im powiedzieć nic.
- Hej, dziecko, czy wiesz, co się teraz stanie?
- Tak, Wielki i Inny Boże, teraz wszystkie mnie pożrą.
I tak się stało.
Gdy obudziłam się, za oknem była całkowita cisza. Dokonało się, a ja poczułam szczęście i wielki smutek.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Klaskanie z przeszłości

Czy ktoś jeszcze zauważył, że w mieście wycięto topole? Niemal wszystkie. Hekatomba. Holokaust. Zagłada do ostatniego pokolenia. Topole to przeszłość.
Wychowałam się w ich otoczeniu - podwórko było szpalerem topoli. Ich sercowate, zimnozielone liście, miały tę zadziwiającą właściwość, że przy najmniejszym podmuchu słodko klaskały. Słyszałam je w nocy, towarzyszyły mi za dnia, usypiały wieczorem. Strzeliste sylwetki przypominały wrzeciona wirujące ku niebu. Wiosną obsypane były "gąsienicami" z białej bawełny - puch w końcu opadał i zaścielał całą okolicę. Jesienią liście robiły się jaskrawo żółte, potem brązowiały i zimą już nagie gałązki drżały lekko na wietrze. 
Moje topole były bardzo wysokie, prawdopodobnie posadzono je tuż po wojnie, i dzięki temu dawały rozkoszne poczucie bezpieczeństwa. Myślałam o nich jak o wojownikach stojących na wiecznej straży.
Potem wszystkie rozkazano ściąć. I tak się stało.
Jest cisza.
Niedawno podczas spaceru spotkałam jedną zakamuflowaną na jednej z bocznych uliczek. Nie powiem gdzie. Niech stoi i klaszcze za tymi, które odeszły.

niedziela, 21 lutego 2016

Opuszczenie

Tak było:

Co prawda Czarny pojawił się jednak po moich dawnych mrocznych co do niego prognozach. Jako niepodległy i samorządny - od czasu do czasu i tu i ówdzie. Dziś go znów zauważyłam przez okno, jak ostrożnie przemyka granicą podwórka. Wydał mi się bardzo szczupły, więc pognałam z jedzeniem. 
Chyba stracił oko. Choć mam jeszcze resztkę głupiej nadziei, że może coś drobnego się stało i na razie go nie otwiera. Kuleje też na lewą przednią łapkę. Futro ma brudne i zmechacone. Niedobrze jest, skoro się nie czyści. 
Dostał podwójną porcję mokrego - i tyle. Nie mogę mu bardziej pomóc, gdyż oczywiście nie daje się dotknąć - choć nieodmiennie poznaje mnie i daje do siebie podejść z jedzeniem. Myślę, że uważa mnie za Bóg wie dlaczego łaskawego wielkoluda, który ma kaprys go karmić, ale któremu oczywiście, jak i reszcie wielkoludów, nie można ufać. Biedny mały Czarny. Koniec idylli. Boże Kotów nie opuszczaj go.