Tak niewielu ludzi lubi gołębie uliczne - te niewielkie, pierzaste kulki o nieskomplikowanym charakterze, pojedynczej komórce mózgowej i nieprzebranych możliwościach trawiennych wszystkiego, co przypomina chleb lub ziarno. Nazywają je m.in. "miejskimi szczurami", albo i jeszcze gorzej. Boże mój, a skąd one się wzięły na ulicach miast? - czyżby nie wypuścił kiedyś jakiegoś stada, jednego, drugiego, trzeciego, jakiś głupi człowiek? Czyżby nie wyhodował ich kiedyś jakiś człowiek? Czyżby nie przyzwyczaił do życia w mieście jakiś człowiek? Są ostatnie w łańcuchu istot miejskich - pierwsze giną pod kołami aut czy podczas wybuchów fajerwerków, odpadają im łapki w mrozy i często umierają sparszywiałe pod nogami ludzi na chodnikach. A to przecież czujące życie.
Lubię gołębie. Mają bajecznie fantazyjne upierzenie i zabawnie wytrzeszczone oczy. Mają czerwone nóżki i rozkoszne, całoroczne tańce godowe - nadymające się samce obracające w kółko i drepczące przed nimi kokieteryjnie samiczki. Bóg jest gołębiem.
Jakiś tydzień temu z gniazda umieszczonego (zwyczajowo) niedbale nad wykuszem okna wypadł młody gołąb. Leżał na plecach z odchylonym do tyłu łebkiem, jak człowiek przygotowany do pierwszej pomocy. Najsmutniejsze jest to, że nikt go nawet nie tyle nie podniósł, co i nie odsunął. Ja go poniosłam.
Niech śpi.
