Tak było:
Co prawda Czarny pojawił się jednak po moich dawnych mrocznych co do niego prognozach. Jako niepodległy i samorządny - od czasu do czasu i tu i ówdzie. Dziś go znów zauważyłam przez okno, jak ostrożnie przemyka granicą podwórka. Wydał mi się bardzo szczupły, więc pognałam z jedzeniem.
Chyba stracił oko. Choć mam jeszcze resztkę głupiej nadziei, że może coś drobnego się stało i na razie go nie otwiera. Kuleje też na lewą przednią łapkę. Futro ma brudne i zmechacone. Niedobrze jest, skoro się nie czyści.
Dostał podwójną porcję mokrego - i tyle. Nie mogę mu bardziej pomóc, gdyż oczywiście nie daje się dotknąć - choć nieodmiennie poznaje mnie i daje do siebie podejść z jedzeniem. Myślę, że uważa mnie za Bóg wie dlaczego łaskawego wielkoluda, który ma kaprys go karmić, ale któremu oczywiście, jak i reszcie wielkoludów, nie można ufać. Biedny mały Czarny. Koniec idylli. Boże Kotów nie opuszczaj go.
