niedziela, 10 kwietnia 2016

Klaskanie z przeszłości

Czy ktoś jeszcze zauważył, że w mieście wycięto topole? Niemal wszystkie. Hekatomba. Holokaust. Zagłada do ostatniego pokolenia. Topole to przeszłość.
Wychowałam się w ich otoczeniu - podwórko było szpalerem topoli. Ich sercowate, zimnozielone liście, miały tę zadziwiającą właściwość, że przy najmniejszym podmuchu słodko klaskały. Słyszałam je w nocy, towarzyszyły mi za dnia, usypiały wieczorem. Strzeliste sylwetki przypominały wrzeciona wirujące ku niebu. Wiosną obsypane były "gąsienicami" z białej bawełny - puch w końcu opadał i zaścielał całą okolicę. Jesienią liście robiły się jaskrawo żółte, potem brązowiały i zimą już nagie gałązki drżały lekko na wietrze. 
Moje topole były bardzo wysokie, prawdopodobnie posadzono je tuż po wojnie, i dzięki temu dawały rozkoszne poczucie bezpieczeństwa. Myślałam o nich jak o wojownikach stojących na wiecznej straży.
Potem wszystkie rozkazano ściąć. I tak się stało.
Jest cisza.
Niedawno podczas spaceru spotkałam jedną zakamuflowaną na jednej z bocznych uliczek. Nie powiem gdzie. Niech stoi i klaszcze za tymi, które odeszły.